Dojrzałość – odwaga, by być sobą.

Wiele razy w życiu słyszałam, że kobieta dopiero po trzydziestce zaczyna w pełni rozkwitać i że jej kobiecość wręcz eksploduje. Kiedy parę lat temu ta mityczna trzydziestka w końcu nadeszła, czekałam na fanfary, a tu nic. Wciąż było tak, jak wcześniej. Po mojemu, trochę zawile i impulsywnie, ale zmian w nasyceniu czy też natężeniu własnej kobiecości nie odczuwałam. A potem, zupełnie nagle, bez wyraźnej przyczyny TO nagle przyszło. Nie tylko przyszła ta eksplozja kobiecości, ale i absolutne pogodzenie z samą sobą. Tak, jak Wam już kiedyś pisałam, wymagało to kilku dużych kroków. Pierwszym było zrobienie porządku z przeszłością i jej demonami. Do tego wnikliwa obserwacja i rozpoznanie tego, jak reaguję ja, moje ciało i psychika w kontakcie z konkretnymi ludźmi. Drugim było wyciszenie się, uspokojenie i dotarcie do jądra swojej osobowości. Brzmi mocno, ale tak naprawdę nic spektakularnego nie zrobiłam. Dużo medytowałam (sprzyjała temu druga ciąża) i obserwowałam swoje emocje. Tak, jakbym pierwszy raz w życiu pozwoliła sobie na wyrażenie własnych potrzeb. Pierwszy raz widziałam, jakby nieco z boku, na co się godzę, a na co nie, co mnie fascynuje, a co odpycha, co porywa, a co przeraża. Zobaczyłam też, co jest mi obojętne. Trzecim krokiem było całkowite zaakceptowanie siebie i zaprzyjaźnienie się z tą niedoskonałą istotą, jaką widzę codziennie w lustrze. Zrozumiałam, że w większości sytuacji zamiast kierować się ciekawością poznawczą i radością życia, pozwalam się zdominować lękom. Wewnętrzny, kierujący mną głos, którego nie byłam wcześniej świadoma, był zachowawczy, tchórzliwy i toksyczny. Postanowiłam go zmienić na inny – głos odważnej i w pełni świadomej siebie babki. Ten nowy głos zdziałał cuda.

Czwartym krokiem, który dokonał się zupełnie niedawno, było wyrzeźbienie siebie na nowo. Poznawszy swoje potrzeby i zaprzyjaźniwszy się ze sobą, zaczęłam podejmować decyzje przynoszące mi prawdziwą satysfakcję. Robię to, czego pragnę i co mnie cieszy. O tym zdrowym hedonizmie pisałam już w poprzednim wpisie. Dokonałam zmian, o których zawsze marzyłam, krok po kroku wychodząc z czarnej bańki, która mnie otaczała. Bańkę tę można opisać jednym zdaniem: Nie mam odwagi żyć życiem, którego pragnę dla siebie. Tutaj, gdzie teraz jestem, poza tą bańką, jest naprawdę ładnie.

Oto kilka rzeczy, które zrobiłam i które dały mi największą satysfakcję od lat:

  1. Rok temu zrobiłam prawo jazdy i od tego czasu nie rozstaję się z samochodem. Jazda autem należy do moich ulubionych zajęć.
  2. Po wielu latach noszenia długich włosów, odważyłam się je ściąć. Na bardzo krótko. Jestem teraz szczęśliwa, jest mi wygodnie, lekko i dobrze.
  3. Ruszyłam z pisaniem książki, która dwa lata temu utknęła w martwym punkcie. Do końca jeszcze bardzo daleko, ale jestem na dobrej drodze. Piszę codziennie, nawet dwa, trzy zdania, żeby mieć poczucie, że idę do przodu.
  4. Zrobiłam sobie tatuaż i to było niesamowite przeżycie. Nie czułam bólu, a jedynie wielki spokój. Efekt jest spektakularny.

Jeśli zatem jest coś, czego zawsze pragnęłaś i nie zrobiłaś tego, się bałaś albo w siebie nie wierzyłaś lub ktoś inny w Ciebie wątpił, to po prostu zrób to. Albo uwierz, że zrobisz to w momencie, gdy będziesz gotowa. Po prostu będziesz wiedziała. Spojrzysz na siebie i będziesz wiedziała, że to jest to. Jak będziesz w stu procentach pewna, to wszystko, co sobie zaplanujesz, uda się. A uwierz mi, nie ma silniejszego, piękniejszego, wspanialszego i seksowniejszego zjawiska niż kobieta, która wie, czego chce i nie boi się po to sięgać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *