Weź odpowiedzialność za swoje życie. Totalną i bezwarunkową.

Mija kolejny dzień, podczas którego od rana do wieczora rozpamiętujesz zdarzenia z przeszłości. Wspominasz wszystkie chwile, kiedy zdarzyło się coś złego lub ktoś Cię skrzywdził. Znasz to? Znasz taki sposób myślenia: „Gdybym go/jej nie spotkała, byłabym szczęśliwa”, „Gdyby nie zdarzyło się wtedy TO, to byłoby o wiele lepiej”, „Mój wspólnik/współpracownik/szef był zły i to jest jego wina,  że teraz jestem do niczego”. Zapewniam Cię, że bardzo wiele osób właśnie w tym momencie tak robi. Ja też tak robiłam, co więcej – mimo iż poczyniłam znaczne postępy w życiu, również do tej pory zdarza mi się tak robić. To okropny nawyk przypisywania odpowiedzialności za swój stan czynnikom zewnętrznym, zdarzeniom oraz innym ludziom. „Ale jak to?!” – zdziwisz się pewnie – „Przecież X zrobił mi coś złego, spotkała mnie trauma, zdarzenie losowe etc. To nie moja wina!”. Owszem, daleka jestem od zwalania winy za krzywdy na ofiarę. Jednak naszym zadaniem, wręcz obowiązkiem jaki mamy wobec nas samych i wobec własnego życia, to wziąć odpowiedzialność za to jak sobie poradzimy i jak zareagujemy. Tylko od nas zależy to, jak poradzimy sobie z różnymi życiowymi sytuacjami. Musimy wziąć odpowiedzialność za siebie, swój dobrostan i swoją przyszłość.

Weź pełną odpowiedzialność za siebie, swoje decyzje, życie i przyszłość.

W tym miejscu pewnie też pomyślisz: „Ale przecież brakowało mi wsparcia rodziców” lub „Byłam/byłem nieustannie pod ogniem krytyki” lub „Traum i złych zdarzeń było za dużo, żeby jeden człowiek to dźwignął”. A może powiesz: „Mam depresję endogenną i nic nie poradzę na to, że nie radzę sobie z trudnymi sytuacjami”. W takich sytuacjach rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, że nagle stanowczo postanawiamy sobie po prostu poradzić z kryzysem. Jednak, uwierz mi, przerobiłam w życiu wiele i wiem, że się da. Czasami motywatorem do zmiany sposobu radzenia sobie z trudnymi sytuacjami jest jakieś konkretne zdarzenie, które wyzwala w nas siłę do zmiany. Może to być zdarzenie pozytywne (rzadziej) lub negatywne (rozwód, przemoc ze strony męża, wyrzucenie z pracy etc.). Czasami jest też tak, że stan bezradności i beznadziei, w którym tkwimy jest tak dotkliwy, że po prostu mówimy sobie: „Dość, czas to zmienić”. Jeśli rzeczywiście cierpimy na depresję endogenną, ruszyć się jest bardzo trudno. W depresji jest tak, jakbyśmy stali, czy nawet leżeli w kotle pełnym czarnej, gęstej smoły. Każda czynność zajmuje nam tyle czasu, że po wykonaniu najprostszej rzeczy czujemy się zmęczeni. Spotkanie z drugim człowiekiem, wyjście na spacer czy nawet wykonanie telefonu są dla nas najtrudniejszymi rzeczami na świecie. Zdrowi, „zwykli” ludzie nie są w stanie tego zrozumieć, bo im te rzeczy przychodzą z łatwością. A wielu z nas będących w depresji,  mimo choroby robi wiele rzeczy, wykonuje obowiązki, zakłada maski dobrego nastroju – tylko częściej narzekamy na to, że czujemy się zmęczeni. A za metką „zmęczenie” czai się beznadzieja, ból i niemożność ruszenia z miejsca. Wiem, znam, przerabiałam, nie ma gorszego syfu niż to. Jest to choroba, której nie widać, teoretycznie się na nią nie umiera, wiele osób z depresją jakoś funkcjonuje, więc inni ludzie nam nie współczują. I to jest najgorsze, bo wiele osób będących w depresji czuje się straszliwie samotnie. „Nikt mnie nie rozumie”. „Nikt nie wie, jaki to wysiłek przeżyć każdy dzień od rana do wieczora”. „Najbliżsi każą mi się wziąć w garść i wymagają ode mnie tyle, że mam ochotę ze sobą skończyć”. Znasz to? Teraz posłuchaj mnie uważnie. Nawet cierpiąc na depresję endogenną możesz wziąć odpowiedzialność za to, jak sobie z nią poradzisz. Ona nie musi Ci dyktować warunków i decydować jak masz żyć. Musisz tylko w odpowiednim momencie zrobić nawet najmniejszy kroczek poza kocioł pełen smoły. W przypadku ciężkiej depresji, zapewne konieczna będzie wizyta u psychiatry i wspomaganie farmakologiczne. Ale poza tym kroczek wykonać musisz samodzielnie.

Pierwszy krok jest najtrudniejszy i najważniejszy. Wymaga odwagi i wyjścia poza własne przyzwyczajenia.

Jak to zrobić? Pewnie dla każdego będzie to nieco inna droga. Ja mogę opowiedzieć trochę na podstawie swoich doświadczeń, na podstawie lektury wielu książek oraz na podstawie przeżyć osób z mojego najbliższego otoczenia.

  1. Kieruj się jedną z pięciu prawd na temat lęku wg Susan Jeffers: „Przedzieranie się przez barierę leku jest w sumie mniej przerażające niż życie w ciągłym strachu płynącym z bezradności”. Napisz sobie to na kolorowej kartce i przytwierdź w widocznym miejscu.
  2. Przestań oczekiwać, że inni Cię zrozumieją. Bo nie zrozumieją. Trudno, ich sprawa. Tak samo jak bezdzietny nie zrozumie czym jest posiadanie dzieci a mężczyzna nie zrozumie jak bardzo boli poród.
  3. Przestań oczekiwać, że inni Cię zbawią i Ci pomogą. Nie muszą tego robić. A może po prostu nie potrafią. Trudno. Sama bądź dla siebie księciem na białym koniu 😉
  4. Zacznij robić to, co zawsze chciałaś. Nie hamuj się myślami, że jesteś za stara lub masz za mało czegoś tam (doświadczenia, znajomości, wiedzy). Rób to co lubisz. Rób to codziennie i doskonal się. Nawet jeśli jest to taniec przed lustrem czy pisanie do szuflady. Nie tłumacz się nikomu. Rób to. Koniec i kropka.
  5. Otocz się kolorami i pozytywnością. Odetnij się od negatywnych spraw. Nie czytaj portali, nie czytaj o wypadkach, chorobach. Odetnij się od ludzi, którzy źle na Ciebie wpływają. Włącz radosną muzykę. Wróć do hitów z dawnych lat, które zawsze Cię dobrze nastrajały. Obejrzyj ulubiony film z dzieciństwa. Nawet jeśli teraz popłaczesz się ze wzruszenia, to nic. Płacz i wzruszaj się ile chcesz. Możesz. Po prostu wolno Ci i już.
  6. Słuchaj nagrań motywacyjnych. Czytaj motywacyjne cytaty. To nic, że bliscy patrzą na Ciebie jakbyś nagle stała się dzieckiem Paolo Coelho i Beaty Pawlikowskiej. Nic im do tego. To Twoje sprawy i Twój dobrostan. Tylko to się liczy teraz.
  7. Zawalcz o przestrzeń  i czas dla siebie. Nawet jeśli miałoby to być 15 minut w tygodniu na początku. Upewnij się, że w ciągu tych 15 minut nikt Ci nie będzie przeszkadzał.
  8. Zrób sobie kalendarz/tabelkę z celami. Tymi dużymi i małymi. Ja mam tabelki w excelu (przyzwyczajenie ex-biurwy). Dzięki nim, krok po prostu, zaczęłam sobie wyznaczać cele do realizacji – i to takie, których bałam się jak ognia. „Zadzwoń do X”, „Załatw sprawę Y”, „Wyjdź dziś o 500 metrów dalej niż zwykle”, „Pojedź o dwie stacje metra dalej”. Drobnymi, ale znaczącymi kroczkami.Uwierz mi, że gdy już zaczniesz, to będziesz nie do zatrzymania. Pamiętaj jednak, że każda zmiana ma swoje fazy.  Po początkowej euforii i ekscytacji następuje spadek na samo dno. Zwątpienie w siebie, we własny pomysł, w swoje kompetencje – taki etap na pewno nastąpi. Grunt to przygotować się na niego i nie poddać się. Przeżyć spokojnie fazę ponownej depresji i iść dalej trzymając się swoich marzeń.

Trzymam kciuki i życzę Ci powodzenia w wykonaniu pierwszego kroku.

Jeśli potrzebujesz pomocy, przyjdź na moje warsztaty 15-16.10.2016 lub umów się na indywidualne spotkanie.

Wszelkie pytania i zapisy: kontakt@wezsiezasiebie.com.pl

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *