Otwórz się tak NAPRAWDĘ.

Chciałabym poświęcić dziś chwilę refleksjom na temat otwartości. Przez wiele lat uważałam, iż osoba otwarta to ktoś rozgadany, opowiadający wszystkim o wszystkim, znający wiele osób – czyli taki typowy ekstrawertyk. Jako urodzona introwertyczka, od dzieciństwa próbowałam wypracować u siebie tę ekstrawertyczną otwartość, ale nie przynosiło mi to żadnej satysfakcji. Moja „otwartość” (teraz wiem już, że błędnie pojmowana) zamiast mi pomagać w życiu, unieszczęśliwiała mnie podwójnie i na dodatek sporo mnie kosztowała (emocji i energii). Dopiero niedawno zrozumiałam, że prawdziwa otwartość polega na tym, że człowiek nie tyle mówi, a słucha, SŁYSZY, jest otwarty na inne osoby. Potrafi przyjąć inne osoby, rozmawiać z nimi, akceptować je i wejść z nimi w relację. Można być ekstrawertykiem, wielką gadułą znającą każdego „na osiedlu” i plotkującą bez zastanowienia, a jednocześnie być totalnie zamkniętym. Nie należy mylić uprawianego przez wiele osób, płytkiego „small talku” z otwartością.

bench-people-smartphone-sun-large

Prawdziwa, głęboka otwartość rodzi się z doświadczeń życiowych (także tych trudnych), ciepła w sercu i umiejętności bycia wdzięcznym za to, co mamy. Aby być zdolnym do prawdziwej otwartości musimy czuć się szczęśliwi i spełnieni, wdzięczni za nasze życie i za to, co nosimy w sobie. Człowiek z dnia na dzień nie staje się otwarty. To proces. Człowiek musi poczuć w sobie taką gotowość. Kiedy gotowość jest, to wtedy można przełamać swoje bariery, zwalczyć swoją nieśmiałość. Trzeba tylko zacząć od pierwszego kroku, a mianowicie od uśmiechu, od spojrzenia, od złapania kontaktu wzrokowego z osobą, którą mijamy, z sąsiadem, z mężem, z dzieckiem. A otwartość daje ogromne owoce, ponieważ kiedy spojrzysz i usłyszysz po raz pierwszy, co świat do Ciebie mówi, przekonasz się, że opowiada Ci piękne historie. Odkąd ja stałam się otwarta, spotykają mnie miłe rzeczy. Wcześniej często bywałam rozgoryczona, zawistna, oceniająca. Tłumiłam w sobie te emocje i nie przyznawałam się do nich nawet przed samą sobą. Odbierano mnie jako osobę miłą, natomiast w środku byłam pełna tłumionej niechęci do świata. Wszystko mi przeszkadzało i łatwo było mnie zirytować. Przez to nastawienie przyciągałam negatywne osoby i zdarzenia. Taki stan rzeczy wynikał z tego, że czułam się niespełniona jako ja. Czułam, że ja jako człowiek nie zamanifestowałam się światu we właściwy sposób. Żyłam cały czas w cieniu kogoś. Żyłam realizując jakieś wyimaginowane oczekiwania, które nie były nawet moje własne! Żyłam w przeświadczeniu, że to, co robię i myślę jest wtórne, mało ciekawe, że nie mam żadnych znaczących zdolności. W procesie swojej przemiany zrozumiałam, że to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ jedyne, co ma znaczenie to jest to, co nas uszczęśliwia. Jeżeli lubisz to, co robisz, jeżeli kochasz coś, to to rób, rób, rób! Rób to codziennie, rozwijaj się, pokaż się światu i zbieraj tego owoce. To był niesamowity moment, gdy odkryłam swoją niszę, ten swój własny kąt psychiczny, kąt życiowy, w którym nagle wszystko mi się poukładało. Wtedy wyklarował się obraz tego, kim jestem, kim chcę być, jak chcę, żeby widziały mnie moje dzieci, jak chciałabym, żeby postrzegał mnie mój mąż, jak ja chciałabym siebie widzieć, czy raczej jak ja siebie widzę! I chcąc dążyć do tego, zbudowałam siebie od podstaw, niezniszczalną i w pełni akceptującą siebie oraz życie w jego wszystkich przejawach. W tym właśnie momencie kompletnie uciekły złe emocje, zazdrość, zawiść, agresja, niechęć do ludzi, kompleksy i w to miejsce wszedł spokój i akceptacja, czy inaczej tolerancja. Tolerancja przede wszystkim dla odmienności. Pojawiło się zrozumienie, że każdy z nas nosi w sobie osobną historię, która zaczęła się w momencie jego narodzin. To, gdzie się urodziliśmy i to, kto był naszymi rodzicami warunkuje całą resztę, ponieważ jedni urodzili się w dobrych domach, inni w gorszych. Jedni urodzili się w spokojnym, dostatnim kraju, inni w przeciętnym, a jeszcze inni w kraju ogarniętym wojną. Jedni mieli szczęście urodzić się odpornymi, inni słabymi. Jedni trafiali na dobrych ludzi, na dobrych nauczycieli, sąsiadów. Inni znów mieli mniej szczęścia. Jedni mieli rodzeństwo, inni nie. Jednym przytrafiła się tragedia, która wszystko zniszczyła, a inni przez całe życie szli bez żadnych, nawet najmniejszych zachwiań. Każdy z nas nosi w sobie co innego. Patrząc na drugiego człowieka i nawiązując z nim kontakt wzrokowy jesteś w stanie zbliżyć się do jego historii.

Magda_Mateusz-1398

Otwartość potrafi zdziałać cuda! U mnie jest tak, że odkąd jestem otwarta, zawsze jestem w stu procentach naturalna. W każdej sytuacji jestem sobą. Niczego nie udaję. Dzięki temu ludzie sami podchodzą do mnie i sami się otwierają. Przychodzą z ciepłem i z własnymi historiami. Wraz z moją roczną córeczką przemierzam codziennie świat Jesteśmy wtedy totalnie zanurzone w słodkiej symbiozie. Rozkwitamy w tym stanie obie i bardzo często nam się zdarza, że ktoś nas zagaduje. Ostatnio spotykamy u nas na osiedlu pewną panią, która jest niezwykle ciepła i serdeczna. Pamięta, że moja córka ma na imię Majka. Któregoś razu widząc nas i zachwycając się Majką, opowiedziała nam piękną historię. Ja, mimo iż nie jestem osobą wierzącą ani nie jestem już zupełnie praktykująca, mam w sobie wielką otwartość na słuchanie wszelkich historii związanych z duchowością. Sama nie trzymam się żadnej religii, żadnej doktryny. Rozumiem i akceptuję potrzebę duchowości u ludzi. A duchowość to jest coś, co w sobie nosimy, to jest cecha, która sprawia, że człowiek ma wgląd w siebie, widzi, chce dostrzegać głębię w świecie. Wróćmy jednak do pani z osiedla. Pani powiedziała do mnie tak: „Słuchaj, Majka po chorwacku to matka i Majka Twoja jest taka czuła, ma instynkt macierzyński”. Ja mówię: „No właśnie, bo ona lubi przytulać się, lubi przytulać misie, lubi je głaskać, tuli i ściska także swoich bliskich”. A pani dalej opowiadała mi o tym, że w Medjugorje, gdzie objawia się Matka Boska, mówią do niej właśnie „Majka”, czyli „matka” . Następnie zaczęła mi śpiewać pieśń, którą pielgrzymi śpiewają tej pięknej „Majce”, która się im objawia. Jestem osobą bardzo racjonalną, sceptyczną, ale od pewnego czasu nie próbuję w takich sytuacjach na siłę udowadniać niczego, a tym bardziej deprecjonować czyjejś wiary. Głęboko wierzę w to, że to co ludzi uszczęśliwia jest ważne, a duchowości nie należy zabierać nikomu. Dalej pani mi opowiadała, że ta Matka Boska objawia się w takiej ślicznej koronie i pielgrzymi pytają: „A dlaczego Ty jesteś taka piękna, Majka?”. A ona im odpowiada: „Bo Kocham”. Historia ta wywołała we mnie wzruszenie i wdzięczność.

Cieszę się, że potrafię być otwarta. Cieszę się, że pokochałam świat, mimo trudnych doświadczeń. Umiem słuchać i rozumiem, że świat nie jest czarno – biały. Czarno – biały podział świata jest zarzewiem wszelkich konfliktów, ponieważ ludzie patrzą wtedy na siebie wrogo i stawiają bardzo ostre granice między sobą. Rozumiem, że w niektórych sytuacjach jest im to potrzebne do tego, aby przetrwać i oswoić lęk, natomiast, gdyby takich zjawisk w ogóle nie było, to być może nie trzeba by było się wzajemnie przed sobą bronić. Natomiast uważam, że w każdej grupie społecznej, w każdej frakcji politycznej, w każdej religii mamy do czynienia z ludźmi dobrymi, złymi, a także zupełnie przeciętnymi. Każdy człowiek jest niepowtarzalny, jest w nim tysiąc barw, tysiąc kolorów, tysiąc różnych odcieni. Emocje, zachowania wraz z genotypem kształtują tego jednego, jedynego człowieka. Dlatego dzielenie na A i B, na czarne – białe, dobre – złe, mimo że jest łatwe, jest bardzo często krzywdzące dla danej osoby i sprawia, że bardzo łatwo przypisujemy ludziom etykietki, które nie są prawdziwe. Zamiast brać człowieka takim, jaki jest, oceniamy go stosując kalki. „Katol”, „lewak”, „pseudo – intelektualista”, „dres” – znacie te łatki? Ludzie bardzo łatwo oceniają, szufladkują i to jest zupełnie niepotrzebne, ponieważ otwarte i pełne miłości spojrzenie na świat (miłości w sensie otwartości i naturalnej ciekawości) daje nam PEŁNIĘ.

pexels-photo-103127-large

Na koniec jeszcze moja rada jest taka dla Was, od serca, Drogie Panie: zakochajcie się w sobie. Wiem, że kochacie już swoich mężów, kochacie swoje dzieci, jesteście przepełnione miłością związaną z relacjami. A teraz chciałabym, żebyście jeszcze zakochały się w samych sobie. Wytyczcie sobie ścieżkę, którą chcecie podążać, zakochajcie się we własnych talentach i odważcie się robić to, co chcecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *