UGRUNTUJ SIĘ – o wzmocnieniu siebie poprzez wzmocnienie ciała.

„Mamo, Ty jesteś słaba” – powiedział mi jakiś czas temu mój Syn. Mój Syn, który jest dla mnie Najlepszym Nauczycielem. Jego uwagi i spostrzeżenia są mądrzejsze niż uwagi dorosłych. Są szczere, spontaniczne, przepełnione dobrocią i nadzwyczaj trafne. Jego słowa na temat słabości były jednym z impulsów prowadzących do zmiany w moim życiu. Jako dziecko byłam pogodna, ale bardzo nieśmiała. Było we mnie mnóstwo lęków, które z czasem pogłębiły się. Im bardziej się bałam, tym więcej się uśmiechałam, przez co ludzie błędnie odbierali mnie jako osobę otwartą. Należy jednak rozróżnić wylewność płynącą z potrzeby potwierdzenia poczucia własnej wartości (gdy nam się emocje wylewają na zewnątrz, ponieważ szukamy akceptacji) od PRAWDZIWEJ otwartości, wypływającej z wewnętrznej siły i radosnego zaciekawienia światem. Na temat otwartości napiszę Wam następnym razem. Dziś pragnę poświęcić chwilę WZMACNIANIU SIEBIE.

pilka

Podobne jak w przypadku uśmiechu, który sprawia, że czujemy się szczęśliwi, to silne ciało sprawia, że czujemy się silni. Dlatego gorąco zachęcam Cię do wzmocnienia siebie na dwa sposoby. Pierwszy z nich, to bogate i dobre odżywianie. Zachęcam do lektury wpisów na ten temat. Jest to cykl dziesięciu artykułów na temat diety. Druga sprawa, to ruch. Namawiam Cię do tego, abyś wybrała sobie jakąś ulubioną formę ruchu i poświęciła się jej z pełnym zaangażowaniem. Wybierz sobie jeden rodzaj aktywności, jeden sport, który będzie dopasowany do Ciebie, do Twojego temperamentu. Dla niektórych fajna będzie joga, pilates, dla innych tenis, pływanie, siłownia, dla kogoś innego znów sporty drużynowe. Dla mnie na przykład są to tańce latynoskie, im bardziej „uliczne”, tym lepiej. Uwielbiam reggaeton i od niedawna regularnie chodzę na zajęcia. Przede wszystkim jednak od ponad pięciu lat chodzę na zumbę. To, co jest rewelacyjne w regularnym uprawianiu jakiegoś sportu, to to, że za każdym razem czujesz jak osiągasz następny poziom wtajemniczenia. Puszczają kolejne napięcia, stajesz się ekspertem, ruchy stają się dopracowane, wszystko łatwiej Ci przychodzi. Ja po prostu muszę się porządnie zmęczyć i dlatego wybrałam zumbę. Trafiłam na zajęcia do pobliskiego klubu, do wspanialej instruktorki – Ewy Wiśniewskiej. Odpowiada mi jej sposób prowadzenia, energia, podejście do życia. Jej radość życia jest zaraźliwa! Zaczęłam chodzić na te zajęcia niespełna rok po pierwszym porodzie. Do piątego miesiąca drugiej ciąży chodziłam bez przerwy, minimum raz w tygodniu. Po drugim porodzie wróciłam na zajęcia po 6 tygodniach. Zgadnij, co się stało? Nie czułam żadnej różnicy w kondycji.

Kiedy byłam w szkole podstawowej i liceum, nienawidziłam sportu, nienawidziłam wuefu. Unikałam zajęć, z płaczem prosiłam mamę o usprawiedliwienia. Nie znosiłam tych zajęć, za to uwielbiałam tańczyć w domu. Natomiast sporty drużynowe, kontaktowe (koszykówka, siatkówka etc.), to był dla mnie czysty koszmar. Nie byłam w stanie tego wytrzymać, taki to był dla mnie stres. Tak samo chodzenie na basen z grupą innych dzieci. Przebieranie się w szatni to jedno z koszmarnych wspomnień ze szkoły. Jak sobie teraz o tym myślę, to nie mogę uwierzyć, że chodzę na zumbę, przebieram się w szatni i idę z wszystkimi na zajęcia i się tym cieszę, nie myślę o tysiącu rzeczy, tak jak wtedy. Nie mam lęków, że się poślizgnę, potknę, że będę głupio wyglądać, że mam za mały strój, niemodne dresy, czy beznadziejne buty. W ogóle o takich rzeczach nie myślę. Mimo, iż chodziłam do sportowej podstawówki, ze sportem byłam trochę na bakier. Natomiast, była jedna rzecz, w której byłam dobra – był to bieg na długi dystans. Podczas, gdy większość dzieci wypalała się na początku i kończyła bieg resztkami sił, ja pod koniec dostawałam nieludzkiego „powera”. Wydaje mi się, że po prostu już wtedy było widać pewne predyspozycje – wytrwałość i to, że potrafię się zmobilizować i skończyć coś, mimo dzikiego zmęczenia. Przez wiele lat później żyłam zupełnie niezgodnie z tą tendencją. Stało się tak pod wpływem trudnych wydarzeń, jakich doświadczyłam. Nie udawało mi się skończyć wielu rzeczy, porzucałam je w połowie albo tuż przed końcem i byłam bardzo niekonsekwentna w działaniu. Natomiast ten długodystansowiec we mnie nie umarł. Ta wytrwała dziesięciolatka nadal we mnie jest. Musiałam ją ponownie odnaleźć, ułożyć sobie w głowie pewne sprawy, pogodzić się z doświadczonymi stratami, z chorobą Hashimoto, z wiążącą się z nią depresją, która mi towarzyszy od wielu lat. Czuję, że ta dziewczynka, która biegła na długi dystans i pod koniec dostawała dzikiego przyspieszenia, odrodziła się na nowo. Nauczyłam się już teraz, że gdy przychodzi kryzys, gdy choroba się zaostrza albo po prostu mam „doła” – wtedy nic nie zrobię z tym, po prostu muszę BIEC, tempem takim, żeby przetrwać, a w momencie, kiedy przychodzi mobilizacja, muszę dać z siebie wszystko i wycisnąć z tego momentu MAKSIMUM.

Zachęcam Cię zatem ponownie, abyś znalazła dla siebie ulubioną aktywność. Jeżeli nigdy w życiu się nie ruszałaś i boisz się, że jak pójdziesz na fitness, to sobie coś uszkodzisz, to zacznij po prostu od spacerów. Spaceruj po 15 minut dziennie. Zacznij od małych kroków. Ja zaczynałam po pierwszym porodzie od płyty z Shape’a i ćwiczeń w domu, zanim odważyłam się po raz pierwszy pójść do klubu fitness. Po prostu – RUSZ SIĘ Z DOMU. Nie siedź na kanapie, nie otwieraj paczki chipsów, nie siadaj przed telewizorem, nie zaczynaj kolejnego serialu. Jeśli jesteś serialomaniakiem, weź sobie jeden naprawdę dobry serial i powiedz sobie tak: ”To jest ostatni serial, który rozpoczynam, a potem żegnamy się”. Obejrzyj go, celebruj to i pożegnaj się z nim. Tak można zrobić z każdym nałogiem. Pożegnaj się. Wypal ostatniego w życiu papierosa, wypij ostatnią butelkę wina, ponarzekaj po raz ostatni. Tutaj od razu zachęcam do pozbycia się wszelkich nałogów, bo są one niepotrzebnym balastem, uwiązaniem, ograniczającym naszą WOLNOŚĆ. Po co się wiązać? Jedyne, z czym warto się wiązać, to jest rodzina. A reszta tylko ogranicza nam wolność, więc należy sobie odpuścić. Więc tak: nie otwieraj Fejsa, nie zaczynaj serialu, nie sięgaj po papierosa. Przede wszystkim, niezależnie od pory roku – wyjdź i IDŹ. Jak czujesz w sobie chęć, to biegnij. Nie myśl o tym, co mogą inni pomyśleć, bez względu na to, gdzie mieszkasz. Ja mieszkam na bardzo małym osiedlu, gdzie wszyscy się znają. Przyjaźnię się z sąsiadami, ale nie zastanawiam się, co o mnie myślą. Ty też się nie zastanawiaj. Bądź autentyczna. Jesteś, jaka jesteś i albo Cię taką biorą albo nie. To nie ma znaczenia. Nie masz wpływu na to, co myślą inni. Jedyne co możesz, to być szczęśliwa i dobra dla siebie.

?????????????

Dzięki sportom wzmocnisz swoje ciało, wzmocnisz swoją postawę, będziesz mieć lepszą kondycję. Poczujesz się SPRAWCZA – jeśli będziesz ćwiczyć regularnie i nie będziesz sobie odpuszczać. Jeśli masz dzieci, będzie Ci łatwiej się nimi zajmować. Twój kręgosłup będzie mocniejszy, nogi, ręce. Będziesz bardziej UGRUNTOWANA – bardzo lubię to słowo. Kobieta musi być UGRUNTOWANA, nawet jeśli jest delikatna, zwiewna i buja w obłokach. Musisz być ugruntowana, ponieważ życie jest ciężkie i trzeba stać twardo na ziemi tak, by byle podmuch Cię nie zmiótł. Więc UGRUNTUJ się. Zrób coś ze swoją postawą, wyprostuj plecy, pilnuj tego. ĆWICZ i pamiętaj, że tu nie chodzi o intensywność, nie chodzi o to, aby chodzić siedemdziesiąt razy w tygodniu na siłownię albo fitness. Nawet jak będziesz chodzić raz w tygodniu, ale będziesz chodzić przez wiele miesięcy, lat, to poczujesz, że po kolei odpuszczają napięcia skumulowane w Twoim ciele. Raz za razem. Nigdy nie zapomnę, jak odpuściło mi na zumbie pierwsze duże napięcie z pleców. To było w czasach, gdy byłam korpobiurwą, przeżywającą mobbing ze strony swojej szefowej. Jak puściło mi napięcie między łopatkami, które mi tam siedziało, to po prostu się rozpłakałam. To były łzy ulgi i szczęścia. Potem wiele razy mi się tak zdarzało. Sport właśnie tak robi, że gdy puszczają napięcia w ciele, puszczają też napięcia w Twojej psychice i to są przepiękne momenty. Warto! Naprawdę warto to zrobić!

Można (a nawet trzeba) wspomagać się medytacją oraz wizualizacją. Kilka miesięcy temu, gdy sama potrzebowałam zbudować wewnętrzną siłę, wymyśliłam tzw. medytację ugruntowania. Do tego, by odpowiednio zadziałała, potrzebna jest siła wyobraźni. To wyobraźnia podczas medytacji pomaga ciału dokonywać zmian. Do tego powtarzane w umyśle słowa wzmacniające dopełniają całokształtu. Jeśli jesteś zainteresowana medytacją ugruntowania, napisz do mnie – z przyjemnością zorganizuję warsztat takiej medytacji, jeśli zbierze się odpowiednia liczba chętnych.

A tymczasem życzę Ci wszystkiego dobrego i dużo SIŁY!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *